sobota, 04 października 2014
Lubię Shyamalana

Tak, nadal lubię M. Nighta, choć publika wypięła na niego kolektywny zadek gdzieś w okolicach "Osady". Powiem więcej: wskazywane jako najgorszy moment w jego karierze "Zdarzenie" jest moim zdaniem filmem co najmniej dobrym.

Twoja mina teraz

Twoja mina teraz

Nie doszedłem do takiego wniosku od razu. Po pierwszym seansie "Zdarzenia" czułem się jak po lobotomii. Motyw ucieczki przed wiatrem jest tak głupi, że powoduje obumieranie komórek mózgowych; Wahlberg gra jak zacofany umysłowo, a na dialogi można reagować tylko tym dziwnym do nazwania uczuciem na granicy rozbawienia i zażenowania.

Ale mimo wszystko "Zdarzenie" zostało mi w pamięci. Doceniłem przynajmniej to, że było inne niż wszystko, co ostatnio widziałem. Podobał mi się jego nastrój przypominający tanie s-f z lat 50.; coś jak "It Conquered The World" z Lee Van Cleefem, gdzie też mało się działo i dużo się gadało, i było tak głupio, że aż zabawnie. No i "Zdarzenie" miało te swoje sceny samobójstw, które - przynajmniej w pierwszym akcie - były prawdziwymi majstersztykami horroru. Dla nich wróciłem do filmu po raz pierwszy. I wtedy się zaczęło.

Oglądałem "Zdarzenie" już cztery czy pięć razy. Za każdym razem odkrywam w nim coś nowego. Nie ukrywam, że pomogła mi ta fantastyczna analiza. Nie potrafię już patrzeć na ten film jak na s-f, horror, czy czym tam teoretycznie był - teraz jest to dla mnie opowieść o aspołecznym nieudaczniku, który wbrew sobie zostaje wybrany liderem i stara się uciec od odpowiedzialności, a najlepiej w ogóle od ludzi.

Jednym z największych zarzutów wobec "Zdarzenia" jest obsada. Przypakowany Marky Mark Wahlberg jako fajtłapowaty nauczyciel? Przecież to nie ma sensu. Co gorsza, facet nie potrafi grać. Takie fragmenty jak ten tutaj to popisy żenującego aktorstwa, scenopisarstwa i reżyserii.

No tak, tylko że to nieprawda. Wszystko ma sens. Scena z "gimme a goddamn second" jest świetna i nie mogła wyglądać inaczej.

Zgadzam się, że Marky Mark nie był najlepszym wyborem ludzi od castingu; nie jest szczególnie dobrym aktorem, zwłaszcza w rolach tak niepasujących do jego emploi. Ale nie był też obsadową pomyłką.

pomyłka

Czy on mógłby być pomyłką?

Owszem, Mark gra frajerskiego nauczyciela i przez to mamy rozdźwięk - z wyglądu gwiazdor kina akcji, z zachowania ciapa. Ale przecież o to chodzi. Grany przez niego Elliot to gość, który wygląda jak twardy skurczybyk, ale w głębi serca jest niedorajdą; nie ogarnia, nie ma charakteru, nie potrafi przewodzić i jest wrażliwcem o cienkim głosiku. Na tym zasadza się cały jego dramat.

Inni bohaterowie filmu postrzegają go tak jak widzowie: też myślą o nim jak o liderze i oczekują, że będzie ich prowadził - a tymczasem Elliot jest bierny i za wszelką cenę chciałby uniknąć odpowiedzialności. To ofiara losu. Doskonale pokazuje to usunięta scena początkowa, w której Mark kłóci się ze swoją ekranową żoną Zooey Deschanel - przy czym wygląda to jak kłótnia dwojga socjopatów. To dziwaczna scena, której obecność pozwoliłaby spojrzeć na obie te postaci z innej perspektywy. Z drugiej strony - od razu wykładała kawę na ławę, więc może i dobrze, że ją wycięto.

Podsumowując: Marky Mark gra nerda, bo właśnie o to chodzi; jego wygląd ma być zwodniczy. Nie gra go niestety zbyt dobrze - ale przynajmniej pasuje do roli. Ktoś pasujący do niej tylko na pierwszy rzut oka - np. Stephen Tobolovsky czy James Cromwell - byłby łamagą zbyt oczywistą; inne postaci nie mogłyby traktować go jak lidera, bo niby czemu? Wahlberg w "Zdarzeniu" to paker z wyglądu, pizda z charakteru. Gość, który unika podejmowania wyborów, a gdy wreszcie zostaje do tego zmuszony, nie potrafi zadziałać na czas. Nie jest bohaterem, nie ratuje swoich towarzyszy. Mówię o podlinkowanej wyżej świetnej scenie na polanie, z padającymi w tle dźwiękami strzałów - to członkowie grupy uciekinierów, zaatakowani toksyną samobójstwa, jeden po drugim sprzedają sobie kulkę w łeb. Trudno mi wyobrazić sobie większą presję, jakiej można poddać rzekomego lidera.

Żałosne "give me a goddamn second" w wykonaniu silnego z wyglądu Wahlberga to moment przepotężny w kontekście całego filmu; mocny i wspaniale napisany. Wyrwany z kontekstu wygląda jednak jak pokaz debilizmu i słabej gry aktorskiej.

Niestety, ale scenariusz "Zdarzenia" jest lepszy niż jego realizacja. Na papierze powyższa sekwencja musiała robić wrażenie, ale Shyamalan nie udźwignął tematu. Albo zawiodło jego wyczucie dramaturgii, albo celowo poszedł w camp rodem z klasycznego s-f, przez co zatraciła się siła opowieści.

Fappening

Za to ta opowieść jest tak silna, że doczekała się sequela

Jak by nie było - "Zdarzenie" to film głębszy i bardziej przemyślany, niż można by sądzić po pierwszym seansie. Do mnie w końcu przemówił, jak zresztą większość filmów Shyamalana. Do "Niezniszczalnego" też musiałem się przekonywać; polubiłem go późno, kiedy nauczyłem się doceniać wolne tempo dzięki filmom Sergia Leone. "Znaki" obejrzałem świeżym okiem, kiedy uświadomiono mnie, że to nie jest film o kosmitach. I kurde bele, nawet "After Earth" nie wydał mi się zły; nie jest to film mądry ani odkrywczy, ale w czasach, kiedy takie kretyńskie szroty jak Transformers cieszą się renomą letnich przebojów, prezentuje się całkiem znośnie.

No i tyle. Po prostu lubię Shyamalana. Koniec wpisu.