wtorek, 09 kwietnia 2013
Zamierzone arcydzieła

Byłem w teatrze.

Rzadko mi się zdarza, więc nie wiem, co się sprzedaje, kto jest na topie, czy są jakieś trendy. Pewnie są. Nie wiem, nie znam się. Nie wiem też, czy kameralne przedstawienie się w te trendy wpisuje, ani czy mnie odchamiło. Chyba nie, bo czułem się po nim jeszcze głupszy niż wcześniej. Nie ma tego złego; spektakl uświadomił mi, że nie lubię utworów, których autorzy byli przeświadczeni, że tworzą coś ważnego.

Podobno lektury to nie książki, bo nie da się ich czytać. Z tego co pamiętam, nie jest aż tak źle - nie dało się czytać tylko lektur zaangażowanych, tak jak trudno jest oglądać zaangażowane filmy. Wyżyję się na Wajdzie: Katyń skatował mnie prawie na śmierć nieudolną realizacją i sztucznymi dialogami. No ale trudno dbać o realizm, kiedy medium traktujesz jak moralny kastet do pizgania widza w łeb. Jeśli chcesz pokazać paluchem to, co inni mają myśleć, to albo zapominasz o subtelnościach, albo się w nich plączesz.

Artyści, Którzy Mają Coś Do Powiedzenia dzielą się na trzy grupy: na takich, co do celu idą najkrótszą drogą i bez patrzenia pod nogi, i na takich, co wierzą w metafory. (Trzecia grupa to artyści, którym wychodzi, ale ja nie o nich.) Jeśli musiałbym wskazać lepszych, to wybrałbym tych prostolinijnych, bo przynajmniej nie owijają w bawełnę. Ich przesłanie jest proste jak cep i przedstawione w równie prosty sposób; coś jak te urocze ludowe wierszyki o biednej ojczyźnie, lubiane w przaśnych, omyłkowo zwanych prawicowymi mediach. W przypadku artystów z drugiej grupy przesłanie też jest proste, ale ukryte gdzieś głęboko pod pretensjami do tworzenia sztuki.

Twórca tworzący z założenia Ważne Rzeczy, który postanowi zainwestować w metafory, pewnie się w tych metaforach zgubi, tak jak zgubiła się Ewa Wyskoczyl - autorka 2012, czyli polska śpiewogra horrorystyczna. Komediodramat w 13 scenach - tej sztuki która miała mnie odchamić, ale nie wyszło. W historyjce o końcu zepsutego świata, wieszczonym przez martwe dziecko Katarzyny W. z Sosnowca (nie żartuję), na pierwszy plan wysunęło się nadęcie, które zasłoniło całą scenę. Zrozumiałe były tylko strzępki. Niekiedy po scenie paradowało pięcioro aktorów w metaforycznych kostiumach: każdy zajęty czymś innym, czymś metaforycznym; ktoś śpiewa, ktoś coś mówi, a na ekranie w tle wyświetlane są bardzo metaforyczne napisy. Nie sposób tego wszystkiego ogarnąć - zabiła mnie nawałnica symboli, w zamyśle autorki pewnie bardzo głęboka, a w rzeczywistości chaotyczna jak cholera.

Sztuka

Tak się dzieje, kiedy ktoś siada do edytora tekstu z zamiarem stworzenia arcydzieła. To tak nie działa. Wszystkie arcydzieła, jakie kiedykolwiek czytałem albo widziałem, wydawały się "niezamierzone". Kilka z brzegu: Paragraf 22, Piknik na skraju drogi, Valis. Idę o komplet karteczek z gumy Turbo, że autorzy tych książek wcale nie chcieli zrewolucjonizować literatury. Nie mogli chcieć, bo nie da się zaplanować ważnego, znaczącego utworu o dużej wartości artystycznej. One po prostu wychodzą. Jeśli jednak spróbujesz, skażesz swoją publiczność na Katyń albo 2012, czyli cośtam.

I tyle.