wtorek, 30 listopada 2010
Skończmy z Terminatorem! cz. 1

- Skończmy z Terminatorem! - powiedział Joseph McGinty Nichol. Założył cylinder, owinął się peleryną i złowieszczo podkręcając wąsa podpisał kontrakt na wyreżyserowanie Terminatora: Ocalenie.

Czy to prawdziwe okoliczności powstania czwartej części Terminatora? Nie wiem, choć wydają się prawdopodobne. McG koncertowo, można pomyśleć że z rozmysłem zarżnął serię. Dziś sam chcę z nią skończyć. Do opisania pozostało mi ostatnie stadium upadku jednej z największych ikon kina, a zatem... Do roboty!

Terminator: Ocalenie to film, któremu zawdzięczamy - i który został unieśmiertelniony przez - ponadczasowy utwór muzyczny:



Co ciekawe, furiacki wybuch grającego Connora Christiana Bale'a sam w sobie stanowi doskonałą recenzję filmu. Rycząc na operatora Shane'a Hurlbuta Krystian poruszył bowiem każdy problem związany z Terminatorem 4. Przypadek? A może sposób na delikatne wytknięcie reżyserowi jego potknięć? Wiecie, tak samo jak w przypadku gościa, którego naprawdę lubicie, a któremu nieznośnie śmierdzi z paszczy. Nie powiecie mu tego wprost, tylko poczekacie na moment, w którym będzie można zrobić "przypadkową" aluzję...

piątek, 26 listopada 2010
EjTV, odc. 4 - Jak upadał Terminator

Oto jest - nowy odcinek EjTV o odpowiednio kultowej tematyce, a zarazem wyjaśnienie, dlaczego na blogu nic nie ruszało się przez dobrych kilkanaście miesięcy. Miłego oglądania!

wtorek, 16 listopada 2010
Halloween, czyli jak to się zaczęło...

Jeśli film dorabia się siedmiu sequeli i dwóch remake'ów, to znaczy że musi być całkiem niezły, prawda? ...PRAWDA?!

Halloween - plansza tytulowa

Zaczęło się od scenariusza zatytułowanego "The Babysitter Murders", napisanego przez Johna Carpentera i jego bliską współpracowniczkę Debrę Hill. Inspirację - w postaci pliku gotówki i chęci współpracy - zapewnili niezależni producenci Irwin Yablans i Mustafa Akkad. Obaj zwrócili uwagę na Carpentera po obejrzeniu jego "Ataku na posterunek 13".

sobota, 13 listopada 2010
Popkulturalny kanibalizm

Koszmar z ulicy Wiązów, Mortal Kombat, Waka Waka, Piątek 13-ego, Rambo, Bionic Commando, Wzgórza mają oczy, Paradise City, G.I. Joe, Halloween. Co wspólnego mają te tytuły? To, że mogliście natknąć się na nie w dziale z nowościami zarówno kilkanaście lat temu, jak i wczoraj.

"Kanibalizm" to określenie, które trafnie opisuje trend panujący w branżach związanych z popkultem. Oznacza żerowanie na martwych zazwyczaj licencjach, które lata świetności przeżywały w epokach 70s, 80s lub 90s. Zamiłowanie do retro sprawia, że zawsze znajdą się ludzie gotowi opróżnić portfel, aby poczuć się jak X lat temu, toteż co pewien czas jakiś producent wybierze się z łopatą na cmentarz i odgrzebie trupa, aby raz jeszcze pokazać go na scenie.

Jeszcze kilkanaście miesięcy temu powiedziałbym, że kanibalizm jest w każdym przypadku szkodliwy. Cóż, wymiękłem. Nie jestem już taki stanowczy. Choć przeważnie odświeżone wersje starych, kultowych utworów pozbawione są krzty polotu oryginału...


corpus delicti
Corpus delicti

...to zdarzają się także perełki, które oryginał biją na głowę.


Lepiej, mocniej, Pepsi
Szybciej, mocniej, Pepsi

W związku z tym już wkrótce spotkacie się tutaj z licznymi przykładami popkulturalnego kanibalizmu. Mam nadzieję, że dzięki wpisowi, który właśnie czytacie, nie będę musiał ponownie wyjaśniać tego zwrotu.

piątek, 05 listopada 2010
Master Killer, czyli 36 komnata Shaolin

Tego tekstu miało tu nie być. Wskrzeszenie bloga miało odbyć się z rozmachem. Rozmach będzie w swoim czasie, a tymczasem nie mogę się powstrzymać przed napisaniem paru słów o "Trzydziestej szóstej komnacie Shaolin" - filmie znanym także pod tytułem "Master Killer".

Rzecz pochodzi z roku 1978 i jej wiek jest ewidentny. Objawia się nie tylko w jakości obrazu (na którą nie narzekam, bo dodaje niepowtarzalnego klimatu każdej azjatyckiej ramocie), ale i w fabule. "Komnata" jest bowiem jednym z miliona produkowanych wówczas historycznych filmów kopanych. Absolutnie każdy z nich można streścić następująco: główny bohater chce się zemścić, uczy się kung fu, mści się. Nie będę zatem zagłębiał się w historię, bo i nie ona w tym wypadku ma być magnesem dla widzów. Chodzi o mięcho: walkę i kaskaderkę.

Imponuje mi dynamika walk w tych wiekowych, rozsypujących się filmach. Choć zabrudzenia na taśmie wskazują, że pierwsze kopie są starsze od niejednego emeryta, to azjatyckie akcyjniaki są obrazami żwawszymi niż niejedna współczesna produkcja. I to żwawszymi w lepszym stylu. Obecnie bowiem w kinie akcji stawia się na szybki montaż. Weźmy pod lupę na przykład Quantum of Solace, czyli najnowszego Bonda, a okaże się że realizatorzy obrazu potrafią wcisnąć nawet trzy cięcia w jedną sekundę filmu. Na to nie da się patrzeć - nie sposób nie tylko nadążyć za akcją, ale również delektować się scenografią, w którą wpompowano miliony dolarów.

W przeciwieństwie do kinowych nowości "36 komnata Shaolin" dynamikę czerpie z choreografii, choć film jest pocięty dość szybko jak na ówczesne standardy. Sklejono go całkiem nieźle - nawet jeśli spojrzeć nań okiem dzisiejszego widza, jednak częstotliwość ujęć nie może równać się z takimi ikonami padaczkowego montażu jak "Wyspa" Michaela Baya, czy wspomniany ostatni James Bond. Świetnie poruszający się aktorzy-kaskaderzy robią swoje, a częste i szybkie zbliżenia dodają całości dramatyzmu. To stara, azjatycka szkoła filmowania, której - o dziwo - nikt nie próbuje podrobić (nawet Tarantino, który w mocno stylizowanym Kill Billu pokazał choreograficzne niewiadomoco).

Wrogowie czekają w kolejce

Skoro już mówimy o Tarantinie, zatrzymajmy się na chwilkę i zobaczmy, co jego film ma wspólnego z Komnatą. Znacie Chia Hui Lui? Nie znacie (nie przejmujcie się - ja też nie). To odtwórca głównej roli, który w Kill Billu gra postać Pai Mei - siwego dziada, mistrza Panny Młodej (a także inną, pomniejszą rólkę). Nie oznacza to, że jego kariera stoczyła się na tyle boleśnie, by ratował się robieniem na tyłach u Quentina. Gość ma na koncie występy w prawie stu filmach i nadal kręci, a Tarantino zatrudnił go ze względu na zasługi dla kina obitej mordy. Mniejsza z tym, do rzeczy.

36 komnata jest uważana za jeden z najlepszych filmów kung fu. Dlaczego? Nie potrafię odpowiedzieć - film jest dobry, godny polecenia fanom retro, kina kopanego czy Azji, ale ani nie wybija się scenami walki, ani nie ma pamiętnych bohaterów, ani nie jest wybitnie zrealizowany. W paru momentach wywołuje solidną śmiechawę, głównie dzięki żenującym dialogom, no ale to nie jest powód do dumy. Popularności dopatrywałbym się w wykorzystaniu marki (bo jak inaczej to nazwać?) klasztoru Shaolin, czyli Mekki miłośników sztuk walki.

Warto wspomnieć jeszcze o jednej rzeczy: mnóstwo czasu ekranowego reżyser poświęca treningowi młodego adepta. W latach osiemdziesiątych zwykło się to załatwiać trzyminutowym montażem z muzyką Survivora w tle. W tym przypadku ćwiczenia, odbywające się w kolejnych komnatach, są długie i zróżnicowane: czasem ciekawe, czasem dziwaczne, czasem tak naiwne że głowa boli, ale ich oglądanie nie nudzi. Jest to cecha na swój sposób unikalna - i choćby dla niej warto zainteresować się filmem. O ile, oczywiście, potrafisz znieść nieudolny scenariusz i podobnej klasy grę aktorów... ale są to niedogodności, które w przypadku kina kopanego można nazwać "ciężarem gatunkowym".

Michał Puczyński


P.S.
Film, zdaje się, został już wydany na Blu-ray, ale na litość Zeusa - nie oglądajcie go w dobrej jakości! To jak słuchanie współczesnych coverów grupy Queen, albo jak (bleh) "Gwiezdne wojny" w wersji odrestaurowanej.

Tagi: 70s
23:23, eszuran , film & tv
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 01 listopada 2010
REAKTYWACJA!

Wiele osób (naprawdę wiele, byłem szczerze zaskoczony) pytało mnie, co dzieje się z blogiem. Dokładną odpowiedź poznacie już wkrótce, tymczasem chciałem przekazać ważniejszą wiadomość:


KULT-TURYSTYKA WRACA!

 

Co więcej, rozszerza swoją działalność. Nie chcę na razie zdradzać zbyt wiele, ale mogę was zapewnić, że będzie ciekawiej, ładniej, bardziej profesjonalnie... Po prostu lepiej. Musicie jeszcze troszkę poczekać, ale opłaci się.

Do przeczytania... i do zobaczenia wkrótce!

Michał