wtorek, 18 stycznia 2011
Zabójstwo Stephena Kinga przez niekompetentnego Pawła Korombela

Szok. Niedowierzanie. Trauma. Przeczytałem niedawno "Langoliery" Stephena Kinga, czyli pierwszą powieść ze zbioru "Czwarta po północy". Ta niezła w sumie opowiastka została bestalsko zarżnięta najgorszym tłumaczeniem, z jakim kiedykolwiek miałem do czynienia.

Zacznijmy od samego tytułu "Czwarta po północy". Już on jest przetłumaczony błędnie. Oryginał zwie się "Four past midnight", czyli dosłownie "Cztery po północy" - znaczy się cztery MINUTY po północy, a nie czwarta GODZINA po północy. Do ciężkiej cholery, toż same oryginalne OKŁADKI tej książki wyraźnie podkreślają fakt, że chodzi o minuty.

Czwarta po północy

Jak beznadziejnym trzeba być tłumaczem, żeby zawalić przekład tak prostego tytułu? Przecież Korombel zmienia jednocześnie jego znaczenie - wiecie, północ to godzina duchów, mamy do czynienia z czterema horrorami, te sprawy. No cóż, na pewno nie wróży to dobrze samym opowieściom...

Książkę, niestety, zwróciłem już do biblioteki, więc nie mogę przytaczać cytatów, ale postaram się jak najwierniej przybliżyć wam problemy tłumaczenia Korombela. Po pierwsze - gość nie posiada choćby szczątkowego "wyczucia języka". Płynny styl Stephena Kinga u niego zmienia się w toporne klecenie zdań, a całość przypomina wypracowanie pisane przez gimnazjalistę. Mały problem? Wręcz przeciwnie - King jest gawędziarzem, a czytanie jego powieści w tak fatalnym przekładzie przypomina próbę wysłuchania dowcipu opowiadanego przez Adama Michnika.

Koronnym przykładem braku językowego wyczucia są kwestie jednego z głównych bohaterów - pochodzącego z Brytanii Nicka. W wersji polskiej mówi on niczym Michał Wołodyjowski, czyli sypie "waszmościami" i podobnymi anachronizmami. Dlaczego? Ano dlatego, że to Brytol, a King w oryginale oddał specyfikę ichniego języka, czyli zamiłowanie do zwrotów w rodzaju "mate" czy "bloody hell". Dla obywatela USA są one obce, ale - Korombel niech mi wierzy - Angole w uszach Amerykanów NIE brzmią jak średniowieczny plebs wessany przez wehikuł czasu! Rozumiem chęć oddania językowych różnic, ale niestety - tłumacz jest za cienki w nosie żeby podołać temu zadaniu. A mówiąc dosadniej: facet nie ma (a przynajmniej w trakcie tłumaczenia nie miał) kwalifikacji potrzebnych do przekładania anglojęzycznych powieści!

Nie będę gołosłowny, podam najbardziej wyrazisty przykład. Wiecie, co oznacza wyrażenie "to let sb go" w kontekście zatrudnienia? "Zwolnić kogoś". Proste, nie? A jak przetłumaczył to Paweł Korombel? Otóż w jego powieści (bo na pewno nie była to już książka, którą napisał King) niejaki Craig przewiduje, że w wyniku swoich zaniedbań zostanie przez swoich pracodawców PUSZCZONY. Gdzie puszczony? Na wolność? Na żywioł? W przepaść? Toż to zdanie nie ma żadnego sensu! W trakcie czytania przez chwilę zastanawiałem się, o co gościowi chodzi, po czym dotarło do mnie, że to DOSŁOWNE tłumaczenie. Wówczas zdałem sobie sprawę, że Korombel najwyraźniej NIE ZNA JĘZYKA ANGIELSKIEGO. A przynajmniej nie lepiej niż ja - osoba, która uczyła się go łącznie przez całe cztery lata.

Przykłady absolutnej niekompetencji Pawła Korombela można mnożyć, a nieudolność przekładu sprawia, że powieści nie da się czytać. W takiej formie trudno brać ją serio, nie może też być mowy o płynnym czytaniu, kiedy co chwila mamy do czynienia z takimi zgrzytami. Po przebrnięciu (z trudem) przez "Langoliery" zabrałem się za kolejną część zbioru - "Tajemnicze okno, tajemniczy ogród". Po dotarciu do fragmentu, w którym bohater - pisarz - zapomina "uratować dokument" na komputerze (czyli "forgets to save a file"), odłożyłem książkę i już nigdy do niej nie wróciłem. Paweł Korombel zamordował ją swoją porażającą niekompetencją. Czytałem pierwsze wydanie i nie wiem, czy w kolejnych przekład uległ poprawie, ale jeśli nie - brawo, człowieku, jesteś odpowiedzialny za obrzydzenie Polakom (z czego wielu z nich pewnie nie zdaje sobie sprawy) jednej z ciekawszych pozycji w przepełnionym tandetą gatunku, jakim jest horror. Mam nadzieję, że za tak wykonaną robotę twoi pracodawcy natychmiast cię "puścili".

Michał Puczyński

sobota, 01 stycznia 2011
Problemy A:R

"Alien: Resurrection", czyli "Obcy: Przebudzenie", to czwarty film z wiadomo jakiej serii, traktujący wiadomo o czym. Wyjątkowo nie będę nudził o historii jego powstania - ot, 20th Century Fox chciał wycisnąć więcej kasy z popularnej licencji, kropka. Niestety końcowy produkt nie ustrzegł się poważnych wad, o których chciałbym z wami dzisiaj poważnie porozmawiać.

Ogólnie rzecz biorąc, "Przebudzenie" niespecjalnie spodobało się fanom serii. Dlaczego? No właśnie, rzecz w tym że trudno powiedzieć. Jako główne powody rozczarowania podaje się wymuszoną fabułę, odstępstwa od kanonu serii i parę surrealistycznych scen, takich jak ta:



Czy powyższe wady są poważne? Na pierwszy rzut oka może się tak wydawać, ale diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach.