wtorek, 30 grudnia 2014
Nie chciałbym się znaleźć w krainie teletubisiów

Teletubisie to ten program dla dzieci, w którym fantazyjny krajobraz kontrastuje z gównianą brytyjską pogodą.

Tubisiowa pogoda

Jakimś cudem Teletubisie uspokajają małe dzieci. To działa i już. Nie wydaje mi się jednak, żeby jakikolwiek dorosły obejrzał choć jeden odcinek - bo w mediach byłoby głośno, jak chory i zboczony jest to program. Kij z czerwoną lakierowaną torebką Tinky Winkiego - to jeden z normalniejszych motywów w tubisiach. Jakie są nienormalne?

Samotność

Teletubisie są niemowlakami - ledwie mówią, zachowują się jak małe dzieci, broją i potrzebują opieki. Sądząc po otaczającej je technologii, żyją w przyszłości. O porządek w futurystycznym bunkrze dba inteligentny odkurzacz. Poza nim nie ma tu nikogo; żadnego rodzica, starszego brata, opiekuna. Nikogo innego z ich dziwnej rasy.

Jest tam kto?Pusto wszędzie...

Dzieci bez przerwy widzą nowe twarze, poznają mnóstwo ludzi. Tubisie, które mają pokazywać świat oczami niemowlaka, są samotne w sposób, którego nawet nie potrafimy pojąć. Bo z perspektywy malucha co to za świat bez matki i ojca, bez obserwowania ruchliwej ulicy czy przyglądania się pani za ladą w sklepie? To zboczone, dziwne i chore. I na dodatek zboczone. 

Biomechanoidy

Mają anteny na głowach. Mają telewizory w brzuchach. A jednak są miękkimi, puchatymi, żywymi istotami. Żyją na Ziemi - po ich trawniku biegają króliki, w tle widać znajome drzewa i gównianą brytyjską pogodę. Czym zatem są teletubisie? Czy to mutanty? Czy są wynikiem jakiegoś eksperymentu?

Do tego jeszcze wrócimy; na razie poprzestańmy na tym, że są połączeniem żywej istoty z maszyną - i jakby to nie było wystarczająco dziwaczne, nie są zadowolone z takiego stanu rzeczy. Bo przecież uruchamianie zaszytej w ciele technologii bardzo im się nie podoba.

Stałym elementem programu są segmenty z udziałem przedszkolaków wyświetlane na brzuchu jednego z tubisiów. Z jakiegoś powodu najczęściej trafia na Lalę i Po - czyli dziewczynki; chłopcy są wybierani rzadziej.

Nadchodzącą transmisję zapowiada wiatrak. Kiedy zaczyna się kręcić, tubisie reagują w zaskakujący sposób.

Boją się.

"Oooo-ooo" - mówią z przejęciem i rozbiegają się na wszystkie strony, szukając miejsca do ukrycia. To jest "oooo-ooo" dziecka słyszącego kroki pana dozorcy, który znów chce bawić się w to, o czym nikomu nie wolno powiedzieć.

ooo ooo

Śmiech cichnie. Radość gaśnie. Oooo-ooo...

W następnym ujęciu widzimy tubisie grzecznie ustawione w rządku i wyczekujące, na kogo padnie tym razem (zwykle na dziewczynki). Ze "zwycięstwa" najbardziej cieszy się nie sam wytypowany, ale cała reszta - tak jakby pozostałe tubisie czuły ulgę, że tym razem im się upiekło.

Tinky i jego los
Tinky Winky pokornie akceptuje swój los

Dodajcie dwa do dwóch.

A wiecie, co jest najbardziej przerażające? Że niezależnie od sytuacji, tubisie nie mogą przestać się uśmiechać.

Uśmiech
Niewolnictwo

W Teletubisiach narracja prowadzona jest w nietypowy sposób: narrator mówi w czasie przeszłym o tym, co tubisie zrobiły, ale stworki wykonują te czynności dopiero po tym, jak o nich usłyszą. Tak, one słyszą narratora i reagują na jego głos - czasem się cieszą, czasem dziwią, ale zawsze, po prostu zawsze posłusznie wykonują polecenia.

Zdarzają się fragmenty, w których tubiś najwyraźniej nie chce słuchać narratora - opuszcza ramiona i ciężko wzdycha, ale i tak robi to, co mu kazano. To wskazuje, że tubisie wiedzą, że coś im grozi w razie nieposłuszeństwa. Musiały już to przeżyć.

Krótko mówiąc: teletubisie są w niewoli.

Kim jest właściciel wszechmocnego głosu? Mam swoje podejrzenia.

Włoży mazidło do koszykaWłoży mazidło do koszyka

Technologiczne piekło

Tubisie żyją w nowoczesnym bunkrze porośniętym z zewnątrz trawą. Technologia, która ich otacza, jest dziwna. Przerażająca.

Inteligentny odkurzacz z pustymi oczami. Śniadanie przygotowywane przez automat. Do wyboru: twarde jak skała naleśniki albo mięsna breja przypominająca parówkową masę.

Teletubisiowy krem
Narratora słyszymy dzięki głośnikom, które mogą wyrosnąć dosłownie wszędzie i z których dobiega dźwięk rodem z piekieł.

Usłyszycie go w 3:50.

Całe to technologiczne piekło potwierdza moją tezę, że tubisie to klony hodowane przez sztuczną inteligencję wiele wieków po katastrofie nuklearnej, kiedy ziemska flora i fauna zdążyły się zregenerować. To pozostałości ludzkiej rasy, które mają zapoczątkować jej odrodzenie. Coś jednak poszło nie tak i zamiast dzieci powstały biomechaniczne mutanty.

Podsumowując: Teletubisie to dziwne gówno. Mam po nich koszmary.

Nie wiem, jakie chore myśli chodzą po głowie małym dzieciom, ale ja pewno nie chciałbym znaleźć się w tubisiowej krainie.

Bonusowo: Dipsy

Na koniec parę słów o Dipsym, czyli ciemnoskórym tubisiu w zielonym ubranku. Postać ta dowodzi, że scenarzyści kiepsko maskują swój rasizm.

Dipsy jest Murzynem - i fajnie. Dzieciaki zobaczą, że ktoś może mieć inny kolor skóry. Ale Dipsy jest stereotypowym Murzynem.

Zacznijmy od tego, że Dipsy najczęściej nie zgadza się z grupą i generalnie jest jej czarną owcą. Ale to nic. Tubisie tańczą nieporadnie jak niemowlaki - tylko jeden rusza się jak raper.

Kentaczdys

Kentaczdys

No i kto ma dłuuuugą, prostą, sterczącą... antenę?

No i komu trafia się kapelusz stereotypowego czarnego alfonsa?

Pimpsy
Przypadek? Nie sądzę. Ale co ja tam wiem. Pewnie dziecko odbiera to wszystko zupełnie inaczej.

Weselej

Weselej. Zdrowiej. Normalniej.

poniedziałek, 22 grudnia 2014
Jar Jar to najważniejsza postać w Star Wars, a Lucas był niepoczytalny

Nowy zwiastun Star Wars 7, bla bla bla, no niezły, bla bla bla. Do rzeczy.

Już kiedyś narzekałem na prequele Star Wars - a konkretniej na to, że ich smród osiada na pierwszych trzech filmach i sprawia, że trudno mi na nie patrzeć. Ale, ale - pomyślałem. Widziałem Nową Trylogię dość dawno.

I co z tego? A to, że w ostatnich latach wyszło tyle złych filmów, że te, które dawniej wydawały mi się gniotami, nagle zaczęły przy nich wyglądać całkiem nieźle. Na przykład Szklana pułapka 4 to przy piątce wręcz arcydzieło, a każdy kolejny Krzyk sprawia, że ten poprzedni staje się lepszy. To samo tyczy się seriali Marvela. Pomyślałem sobie, że może i prequele nie są aż tak złe, jak je zapamiętałem, i po takim Prometeuszu czy kolejnych Transformerach wypadną całkiem przyzwoicie.

Nie wypadły.

Jedna z przyczyn

Jedna z przyczyn

Zacząłem (i skończyłem) powtórkę prequeli od Ataku klonów, bo Mrocznego widma po prostu się bałem. No i niestety - to jest nieoglądalne. Głupie, paskudnie brzydkie, niesamowicie źle zagrane i z dialogami, przy których te ze Zdarzenia nagle wydają się całkiem spoko.

Prequele są tak złe, że zacząłem podejrzewać, że Lucas był niepoczytalny podczas ich tworzenia. Niepoczytalność oznacza, że ktoś nie jest w stanie rozpoznać, czy postępuje dobrze, czy źle, albo nie potrafi sobą kierować ze względu na jakieś zaburzenia umysłowe. I na to właśnie wskazuje scenariusz Ataku klonów. Lucas wpisał w swoją historyjkę tyle sprzeczności i zwykłych głupot, że nie sądzę, żeby wiedział, co czyni. No bo patrzcie:

1. Moc nagle jest bytem, a Yoda idiotą

Zawsze wydawało mi się, że Moc w Star Warsach jest po prostu... mocą. Wyjątkowym zestawem umiejętności wynikających z siły woli, samoświadomości, uduchowienia itp. Moc spaja wszechświat i przenika wszystko - znaczy się jest magią świata, jego nieopisaną i niematerialną esencją. Albo nawet jakimś pierwiastkiem trudnym do odnalezienie i okiełznania - midichlorianem czy innym badziewiem, mniejsza z tym; w każdym razie na pewno nie chodziło o to, że Moc jest żywą, myślącą istotą. A w prequelach jest.

Yoda w Nowej Trylogii stał się postacią całkowicie zbędną, niewnoszącą niczego istotnego do fabuły. Facecik snuje się po wielkich korytarzach i pierniczy jakieś komunały typu "źle się dzieje, panie, oj, źle się dzieje" albo "ostrożny bądź, młody padawanie, bo ostrożność to jest sprawa ważna". Ani razu nie pada z ust Yody nic konkretnego, za to kurdupel bardzo często przypomina, jak ciężko mu się myśli, bo "ciemna strona Mocy zaciemnia wszystko".

Ale chwila, co? Jak? Jak to: ciemna strona zaciemnia? Sama? To ona jest nagle jakimś złowrogim bytem, który celowo działa na szkodę bohaterów? Byłem święcie przekonany, że ciemna strona mocy to po prostu chęć czynienia zła za jej pomocą. Moc istnieje i tyle - to od ludzi zależy, jak ją wykorzystają. Przecież ona spajała wszechświat, nie kształtowała go ani nie walczyła o panowanie nad nim! W rękach żywych istot była narzędziem.

Rozluźnij

Rozluźnić się musisz. Każdemu mężczyźnie się zdarza

Jasne, tak rozumianą Moc można by wykorzystać do zaciemniania umysłów przeciwników - ale w tym celu należałoby chyba znaleźć się dość blisko nich. Jeśli Yoda to właśnie miał na myśli - że ktoś tam miesza mu w głowie - to mógł chyba wydedukować, że ten ktoś znajduje się w najbliższym otoczeniu. Mamy więc dwa wyjścia: albo Moc nagle stała się czymś innym, niż w Oryginalnej Trylogii, albo Yoda stał się idiotą niepotrafiącym dodać dwa do dwóch.

Stawiam na jedno i drugie.

2. Cel Jedi jest bez sensu, ale oni tego nie widzą

Co to właściwie znaczy, że Anakin ma "przywrócić równowagę Mocy"? Do tego dążą Jedi, tego z nadzieją wyczekują. Na czym polega równowaga? Nie wiadomo. Ale wiemy, że jest dobra Moc i zła Moc, i obie te Moce ze sobą walczą. Czy ich równowaga oznacza równie wiele złej Mocy, co dobrej?

Jeśli tak - Jedi są głupi, bo oczekują pogorszenia sytuacji. Teraz oni są w przewadze i mają tylko jednego przeciwnika. Równowaga jest zaburzona na korzyść dobra. Jej przywrócenie oznacza wieczną wojnę.

Dzięki Anakinowi zła Moc odrabia straty, więc w pewnym sensie facet przywraca równowagę. O to niby chodziło? Nie sądzę. Chyba nie, choć kto tam wie Lucasa...

3. Lucas nie wie, kiedy Vader staje się Vaderem

W Ataku klonów Anakin nagle przypomina sobie o zostawionej w niewoli matce i dociera do niej na chwilę przed śmiercią z rąk ludzi pustyni. Anakin wkurza się i korzystając ze swoich umiejętności wyrzyna cała wiochę - także kobiety i dzieci.

I już. Przechodzi na ciemną stronę Mocy. Koniec prequeli. Wiemy, jak stał się Vaderem; reszta to zbędne szczegóły.

Tyle że Lucas tego nie zauważył. Nikt specjalnie nie przejmuje się tym drobnym wyskokiem; Amidala nawet nie unosi brwi ze zdziwienia. Żaden Jedi nie wyczuwa zmiany w Anakinie. Nikt nie orientuje się, że kolesiem zawładnęła ciemna strona. Sprawy nie było.

Amidala

Wyluzuj, to tylko brudasy w szmatach

Zdaniem Lucasa Anakin zmienia się w Vadera w chwili złożenia przysięgi i podpisania w trzech miejscach zaświadczenia, że teraz nazywa się Darth Vader i niniejszym staje się licencjonowanym użytkownikiem Ciemnej Strony Mocy (tm).

4. Najważniejsza rola w sadze przypada... Jar Jarowi

Mógłbym jeszcze długo marudzić o różnych bzdurach z tych filmów, ale zakończę na głupocie, która najbardziej mnie wkurzyła. Otóż: bez Jar Jara nie byłoby Imperium. Koleś jest dosłownie jedyną postacią w całym uniwersum, która mogła wykonać plan Palpatine'a.

Przypominam, że w arcyciekawej fabule prequeli chodziło z grubsza o to, że:

1. Palpatine namawia kupiecką federację do opodatkowania jakiejś tam planety, co ma wywołać bunt tej planety i wojnę z galaktycznymi kupcami; słowem: kryzys militarny.

2. Kryzys się nakręca i jego skutkiem jest oderwanie się od Republiki ruchu separatystycznego. To trochę jak rebelianci w stosunku do Imperium, ale tutaj z jakiegoś powodu garstka ludzi chcących wyzwolić się spod jarzma systemu to ci źli.

Atak klonów - zdjęcie z planu

Atak klonów - zdjęcie z planu

3. Palpatine kombinuje, że wyprosi od senatu więcej władzy w celu walki z separatystami, a kiedy już władzę zdobędzie, nigdy jej nie odda.

4. Palpatine nie chce sam zgłosić swojej kandydatury na imperatora, bo wypadłoby to deczko podejrzanie. Potrzebuje kogoś wiarygodnego, kto złoży wniosek.

5. Tym kimś jest Amidala. Ale że dziewucha nie jest kompletną kretynką, trzeba się jej pozbyć i znaleźć odpowiednio głupiego zastępcę. Jar Jara. Kij z tym, że gość jest nadwornym pucybutem innej rasy i z innego kraju i nie ma nic wspólnego z polityką. Jar Jar zostaje zastępcą Amidali, mówiącym w jej imieniu bez kontaktowania się z nią. Najwyraźniej tak można.

7. Jar Jar daje się podpuścić i zgłasza kandydaturę Palpatine'a na imperatora. Wniosek przechodzi. Powstaje Imperium.

Rozumicie, ludzie? Nie bez przyczyny Palpuś kusił Jar Jara, a nie np. senatora ET.

Star Warsy obrzydziły mi też ET. Super prequele dziwko!

Star Warsy obrzydziły mi też ET. Super prequele dziwko!

Tylko Jar Jar był na tyle głupi, żeby pomóc Palpatine'owi. Cały plan stworzenia Imperium nie powiódłby się bez niego.

Czy Lucas mógł być w pełni władz umysłowych, kiedy to wymyślał? Przepraszam, ale nie sądzę.

Los galaktyki przesądził się w chwili, kiedy Liam Neeson wpadł na gadającą żabę pośrodku bagien na zadupiu mikrej, nudnej planety.

To jest tak głupie, że odbiera władzę w palcach. OIanasf= aef0* adacphlghj;'

Lepiej skończę.

Tym bardziej, że to już 7 tys. znaków o Star Wars. SIEDEM TYSIĘCY. Niektórzy to mają narąbane pod kopułą. Ciekawe, kto bardziej: ci, co takie rzeczy piszą, czy ci, co czytają do końca...

sobota, 04 października 2014
Lubię Shyamalana

Tak, nadal lubię M. Nighta, choć publika wypięła na niego kolektywny zadek gdzieś w okolicach "Osady". Powiem więcej: wskazywane jako najgorszy moment w jego karierze "Zdarzenie" jest moim zdaniem filmem co najmniej dobrym.

Twoja mina teraz

Twoja mina teraz

Nie doszedłem do takiego wniosku od razu. Po pierwszym seansie "Zdarzenia" czułem się jak po lobotomii. Motyw ucieczki przed wiatrem jest tak głupi, że powoduje obumieranie komórek mózgowych; Wahlberg gra jak zacofany umysłowo, a na dialogi można reagować tylko tym dziwnym do nazwania uczuciem na granicy rozbawienia i zażenowania.

Ale mimo wszystko "Zdarzenie" zostało mi w pamięci. Doceniłem przynajmniej to, że było inne niż wszystko, co ostatnio widziałem. Podobał mi się jego nastrój przypominający tanie s-f z lat 50.; coś jak "It Conquered The World" z Lee Van Cleefem, gdzie też mało się działo i dużo się gadało, i było tak głupio, że aż zabawnie. No i "Zdarzenie" miało te swoje sceny samobójstw, które - przynajmniej w pierwszym akcie - były prawdziwymi majstersztykami horroru. Dla nich wróciłem do filmu po raz pierwszy. I wtedy się zaczęło.

Oglądałem "Zdarzenie" już cztery czy pięć razy. Za każdym razem odkrywam w nim coś nowego. Nie ukrywam, że pomogła mi ta fantastyczna analiza. Nie potrafię już patrzeć na ten film jak na s-f, horror, czy czym tam teoretycznie był - teraz jest to dla mnie opowieść o aspołecznym nieudaczniku, który wbrew sobie zostaje wybrany liderem i stara się uciec od odpowiedzialności, a najlepiej w ogóle od ludzi.

Jednym z największych zarzutów wobec "Zdarzenia" jest obsada. Przypakowany Marky Mark Wahlberg jako fajtłapowaty nauczyciel? Przecież to nie ma sensu. Co gorsza, facet nie potrafi grać. Takie fragmenty jak ten tutaj to popisy żenującego aktorstwa, scenopisarstwa i reżyserii.

No tak, tylko że to nieprawda. Wszystko ma sens. Scena z "gimme a goddamn second" jest świetna i nie mogła wyglądać inaczej.

Zgadzam się, że Marky Mark nie był najlepszym wyborem ludzi od castingu; nie jest szczególnie dobrym aktorem, zwłaszcza w rolach tak niepasujących do jego emploi. Ale nie był też obsadową pomyłką.

pomyłka

Czy on mógłby być pomyłką?

Owszem, Mark gra frajerskiego nauczyciela i przez to mamy rozdźwięk - z wyglądu gwiazdor kina akcji, z zachowania ciapa. Ale przecież o to chodzi. Grany przez niego Elliot to gość, który wygląda jak twardy skurczybyk, ale w głębi serca jest niedorajdą; nie ogarnia, nie ma charakteru, nie potrafi przewodzić i jest wrażliwcem o cienkim głosiku. Na tym zasadza się cały jego dramat.

Inni bohaterowie filmu postrzegają go tak jak widzowie: też myślą o nim jak o liderze i oczekują, że będzie ich prowadził - a tymczasem Elliot jest bierny i za wszelką cenę chciałby uniknąć odpowiedzialności. To ofiara losu. Doskonale pokazuje to usunięta scena początkowa, w której Mark kłóci się ze swoją ekranową żoną Zooey Deschanel - przy czym wygląda to jak kłótnia dwojga socjopatów. To dziwaczna scena, której obecność pozwoliłaby spojrzeć na obie te postaci z innej perspektywy. Z drugiej strony - od razu wykładała kawę na ławę, więc może i dobrze, że ją wycięto.

Podsumowując: Marky Mark gra nerda, bo właśnie o to chodzi; jego wygląd ma być zwodniczy. Nie gra go niestety zbyt dobrze - ale przynajmniej pasuje do roli. Ktoś pasujący do niej tylko na pierwszy rzut oka - np. Stephen Tobolovsky czy James Cromwell - byłby łamagą zbyt oczywistą; inne postaci nie mogłyby traktować go jak lidera, bo niby czemu? Wahlberg w "Zdarzeniu" to paker z wyglądu, pizda z charakteru. Gość, który unika podejmowania wyborów, a gdy wreszcie zostaje do tego zmuszony, nie potrafi zadziałać na czas. Nie jest bohaterem, nie ratuje swoich towarzyszy. Mówię o podlinkowanej wyżej świetnej scenie na polanie, z padającymi w tle dźwiękami strzałów - to członkowie grupy uciekinierów, zaatakowani toksyną samobójstwa, jeden po drugim sprzedają sobie kulkę w łeb. Trudno mi wyobrazić sobie większą presję, jakiej można poddać rzekomego lidera.

Żałosne "give me a goddamn second" w wykonaniu silnego z wyglądu Wahlberga to moment przepotężny w kontekście całego filmu; mocny i wspaniale napisany. Wyrwany z kontekstu wygląda jednak jak pokaz debilizmu i słabej gry aktorskiej.

Niestety, ale scenariusz "Zdarzenia" jest lepszy niż jego realizacja. Na papierze powyższa sekwencja musiała robić wrażenie, ale Shyamalan nie udźwignął tematu. Albo zawiodło jego wyczucie dramaturgii, albo celowo poszedł w camp rodem z klasycznego s-f, przez co zatraciła się siła opowieści.

Fappening

Za to ta opowieść jest tak silna, że doczekała się sequela

Jak by nie było - "Zdarzenie" to film głębszy i bardziej przemyślany, niż można by sądzić po pierwszym seansie. Do mnie w końcu przemówił, jak zresztą większość filmów Shyamalana. Do "Niezniszczalnego" też musiałem się przekonywać; polubiłem go późno, kiedy nauczyłem się doceniać wolne tempo dzięki filmom Sergia Leone. "Znaki" obejrzałem świeżym okiem, kiedy uświadomiono mnie, że to nie jest film o kosmitach. I kurde bele, nawet "After Earth" nie wydał mi się zły; nie jest to film mądry ani odkrywczy, ale w czasach, kiedy takie kretyńskie szroty jak Transformers cieszą się renomą letnich przebojów, prezentuje się całkiem znośnie.

No i tyle. Po prostu lubię Shyamalana. Koniec wpisu.

piątek, 05 września 2014
Wtargnięcie - krótkometrażowy horror

Zapoznajcie się z "Wtargnięciem" - krótkometrażowym horrorem / thrillerem na podstawie mojego scenariusza, wyreżyserowanym przez Janka Steifera.

wtorek, 29 lipca 2014
Japończyków skłonność do przesady

Przy okazji wspominków o Resident Evil (patrz: poprzedni wpis) pomyślałem, że może warto by się zaopatrzyć w remake tejże gry na Wii. Wszyscy go chwalą, no i fakt - nawet dziś wygląda pięknie, gejmplejowo pozostając klasycznym Residentem. Mam jednak z tym wznowieniem duży problem, jak zresztą ze wszystkim, co Japończycy pokazali od szóstej generacji konsol. Ono za bardzo się stara.

Kupienie gry na Wii w Polsce łatwym nie jest; zwłaszcza gry tak mało znanej jak Resident Evil Archives: Resident Evil (poważnie, tak się to wydanie nazywa). Normalna rzecz, że chciałem dowiedzieć się jak o niej najwięcej, zanim sypnę groszem.

Dowiedziałem się aż za wiele.

Na pierwszy rzut oka rzecz wygląda fantastycznie. Pamiętam, jak ileś lat temu zachwycałem się jakością teł, animacją i ogólnym wyglądem remaku. I kurde - zachwycam się nawet dziś, ale bardziej od strony technicznej, bo jeśli chodzi o artystyczną... Zresztą porównajcie sobie oryginał i remake.

Resident Evil - oryginał i remake

W czym problem? W tym, że remake bardzo stara się wyglądać strasznie. Jest gotycko i mrocznie jak cholera. Scenografia jest wręcz bizantyjsko rozbuchana, a ilość szczegółów zapiera dech w cycach. Można się poczuć jak na planie wysokobudżetowego horroru. Tylko że to jest wada stylu tej gry, ujawniająca japońską skłonność do niezdrowego przesadyzmu.

Oryginał jest uroczo prosty. Posiadłość wygląda w nim jak... zupełnie zwykły dom. Jest prosto, bez fajerwerków - i dlatego tak strasznie. Otoczenie jest wiarygodne i nie wymaga "zawieszenia niewiary". Shinji Mikami - reżyser gry - przyznał kiedyś, że wzorował jej wygląd na hotelu Overlook z Lśnienia. Tam też wszystko było proste i życiowe. Na czym wzorował się w remaku, tego nie wiem. Na "Nawiedzonym" Jana de Bonta?

Nawiedzony
Stareńki Resident Evil to gra z idealnie wyważoną warstwą artystyczną. Założę się jednak, że nie byłaby taka, gdyby tworzono ją na sprzęty mocniejsze niż PSX. W latach 90. dżapońska skłonność do przesady była hamowana brakami technologicznymi - i nie tylko nimi, co udowadnia nieocenzurowana wersja gry. Ta, która trafiła do sklepów, była w stosunku do wydania japońskiego pocięta.

Co zmieniono? Na Zachodzie krwawe intro pokazano w czerni i bieli i wycięto parę brutalnych ujęć. To samo spotkało kilka kolejnych filmów przerywnikowych. Taki był efekt surowego wówczas traktowania przemocy w grach wideo. I choć cenzura to rzecz karygodna, tym razem dzięki niej otrzymaliśmy grę pierońsko klimatyczną.

Wiem, wiem - aktorstwo w tym klipie jest niewyobrażalne złe, ale jeśli przymknąć na nie oko, dostajemy horror nastrojowy jak mało innych. Widzimy niewiele: dokładnie tyle, ile trzeba, żeby bać się nieznanego. Tak samo straszy fenomenalna scena pierwszego spotkania z zombiakiem. Jest cudownie oszczędna: obrzydliwy dźwięk, postać widziana od tyłu, kałuża krwi i groźne, martwe spojrzenie. W 1996 można było popuścić. Kurna, nawet dzisiaj można.

Zombiak z RE 1
A teraz wersje oryginalne. Kolorowe intro trąci kiczem, ilości keczupu są momentami nieprzyzwoite, a do tego Mikami raczy nas nieporadnymi ujęciami rozstrzeliwanych kukiełek.

Jeśli chodzi o scenkę z zombiakiem, to jej ponurą, tajemniczą atmosferę burzy ujęcie nieudolnie wymodelowanej urwanej głowy, przekręcające wskaźnik tandety daleko za czerwoną kreskę.

Głowa z wersji niepociętej
Resident Evil jest dobry ze względu na ograniczenia, które działają na jego korzyść. To tak jak w przypadku Szczęk, w których Spielberg unikał pokazywania rekina tylko dlatego, że kukła ciągle się psuła. Na Zachodzie bowiem też chorują na przesadyzm, ale nie jest to choroba tak zaawansowana, jak w przypadku Azjatów.

Japończycy rządzili w czwartej i piątej generacji konsol, bo nie mogli pokazać wszystkiego, co sobie wymyślili. Final Fantasy 6 i 7 były pięknymi techno-baśniami z urzekającym światem, ale mogły sprawdzić się tylko w takiej uproszczonej formie. Tylko wtedy ich bajkowy scenariusz dało się przełknąć, a świat narysowany prostą kreską nie wydawał się niedorzecznie głupi. Bardziej zaawansowane technologicznie FFX, nie wspominając o trzynastce, to niegrywalny kicz w stanie czystym.

Podobny los spotkał Tekkena. Pierwsze dwie części to stosunkowo realistyczne klepaniny - przy czym mówię o samej rozgrywce i wyglądzie bohaterów. W kolejnych odsłonach dostaliśmy niedorzeczne kostiumy i wymyślne areny, które trudno mi przełknąć ze względu na to charakterystyczne japońskie przebajerowanie. Jeszcze gorzej wyewoluował Soul Blade / Calibur, na którego surrealistyczne najnowsze części po prostu nie mogę patrzeć.

Azjaci nie znają umiaru. Syndrom George'a Lucasa: im więcej ci wolno, tym większym chałturnikiem się okazujesz. Nie sądzę, żeby zdawali sobie sprawę z tego, że ograniczenia pomagały im zamiast szkodzić. Dopóki nie doznają olśnienia, ich nowe gry albo będą coraz mocniej zasysać, albo trafią do zachodnich studiów, które stać co najwyżej na zrobienie taniej podróbki, pozbawionej ducha oryginału.

Rzekłem.

niedziela, 27 lipca 2014
Ani survival, ani horror

Pierwszy Resident Evil spędzał mi sen z powiek. Ciągnęło mnie do niego, ale zwyczajnie się go bałem - czego nie mogę powiedzieć o żadnym survival horrorze z minionej generacji konsol.

Weźmy taki Dead Space. Jedynka - no powiedzmy, że ujdzie. Fajny klimat, stylowo i scenariuszowo rżnie z lepszych od siebie, ale robi to całkiem sprawnie. Ot - Coś Carpentera w uniwersum Aliena. Element survivalu jest, bo kiedy grasz pierwszy raz, nie wiesz, czego oczekiwać, a w rezultacie masz mało wszystkiego i trzy razy się zastanawiasz, kiedy strzelić z jakiej broni i na co wydać pieniądze. Tylko że horroru tu brak.

Niestraszne i nudne Dead Space 2

Są obrzydliwości. Jest mrok. Jest krew. Tylko że to nie jest straszne. Żeby straszyć, gra musi polegać na przegiętych scenach okaleczeń i "jump scare'ach", czyli stworach wyskakujących z szafy przy akompaniamencie orkiestralnego uderzenia. Musi to robić, ponieważ pozbawiła się elementu budowania napięcia. Nie ma możliwości zbudowania sytuacji, w których nie wiesz, co czai się za rogiem, albo obawiasz się, że nie zdążysz zareagować. No i zawsze wiesz, dokąd iść, co zrobić, a gdzieś tam czeka na ciebie pomocnik, który w odpowiedniej chwili poratuje poradą.

Survival horror w pewnym momencie bardzo się pogubił. Nie wiem dokładnie, kiedy to się stało (stawiam na premierę Residenta 4), ale twórcy odeszli od tego wszystkiego, co czyniło gry z tego gatunku strasznymi. I stało się tak przez graczy.

To gracze narzekali na skomplikowane zagadki, więc nie dość, że zagadki poszły do piachu, to na dodatek w niektórych grach - dosłownie - idziemy po sznurku, kierowani dodatkowo przez głosy z komunikatora albo komputerowych kompanów. Nastrój odosobnienia, poleganie tylko na sobie? Nie, tego już nie ma.

To gracze narzekali na statyczną kamerę, więc została zawieszona za plecami bohatera. Dzięki temu w większych pomieszczeniach wrogów widzimy już z daleka - nie zastanawiamy się, czy za rogiem nie czai się jakaś straszna jędza.

Straszne i ciekawe Resident Evil

Statyczna kamera budowała napięcie w taki sam sposób, jak robią to filmy, w których bohaterka powoli, powoli podchodzi do drzwi, nie wiedząc, co za nimi będzie. Mając nad widokiem pełną kontrolę, możemy po prostu podejść do rogu i odwrócić obraz w taki sposób, żeby zbadać otoczenie. Jeśli koderzy chcą nas zaskoczyć, pozostaje im potwór z szafy.

Słabo - zwłaszcza że w starych, dobrych survivalach wystarczyło, że wróg po prostu tam był. Snuł się powoli; nie musiał skakać na nas z dzikim wrzaskiem, żebyśmy obawiali się jego obecności. W razie czego zawsze można było uciec z krzykiem, pospacerować po bezpiecznym gruncie i nabrać odwagi na konfrontację. Coś takiego jest dziś niewyobrażalne. Akcja musi pędzić. A propos...

To gracze narzekali na powolne ruchy bohatera, którym kierowało się trochę jak pojazdem. Tylko że o to w survival horrorze chodziło: takie a nie inne sterowanie było świadomą decyzją twórców. Dzięki temu mieliśmy pełną kontrolę nad bohaterem, a jednocześnie nie mogliśmy być pewni, że w sytuacji zagrożenia wykonamy idealną akrobację i przycelujemy dokładnie między oczy. To też budowało napięcie; stawiało graczowi "naturalne" i uczciwe ograniczenie. Nawet mistrzowie pada nie mogli czuć się zbyt pewnie - choć po dłuższym treningu sterowanie dawało się biegle opanować.

Ogólnie niezłe Blair Witch Project

To gracze narzekali na powolną akcję, więc survival nie-horror zmienił się w zwykłą strzelankę (Resident 5, Dead Space 2). Jak to w strzelance, na brak amunicji trudno narzekać, więc o elemencie survivalu też mogliśmy zapomnieć.

To gracze narzekali na skomplikowane systemy sejwów (znajdź jakiś dynks, włóż go gdzieś indziej, dopiero wtedy zapisz grę), ale dzięki nim stawka rosła i ostrożnie zaglądaliśmy za każdy róg. Teraz ostrożność i tak nie ma sensu, bo za rogiem nic się nie czai. Czai się w szafie - wyskoczy na nas, kiedy przekroczymy magiczną, niewidzialną linię skryptu.

I co z tego?

To, że choć starsze gry z gatunku nie były idealne, że miały często idiotyczny scenariusz, a gra aktorska potrafiła co najwyżej rozśmieszyć, to jednak były prawdziwymi horrorami. Nie takim nie wiadomo czym, stojącym w rozkroku między trzema gatunkami i pięcioma źródłami inspiracji.

Zapuśćcie leciwego Residenta, a przekonacie się, że mimo antycznego rodowodu i siermiężnego wykonania ta śmieszna gierka potrafi podnieść włosy na plecach skuteczniej niż współczesne wypasione superprodukcje.

Resident 1

I trochę mi takich gier brakuje.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19