sobota, 23 kwietnia 2011
Jeże z kosmosu!

Critters kolekcja

Nie wiem jak u was, ale u mnie na osiedlu panował wyraźny podział na dzieciaki, które oglądały Gremliny, a te, które oglądały Crittersy. Gremliny były bajeczką - wesołym niby-horrorkiem dla każdego. Prawdziwym mężczyzną (dziesięcioletnim) stawało się dopiero po zaliczeniu Crittersów, czyli przerażającej opowieści o okrutnych maszynach do zabijania.

Po latach - dokładnie piętnastu - od ostatniego obejrzenia którejkolwiek części Crittersów, zaopatrzyłem się w zbiorcze wydanie DVD całej sagi. Ładne i solidne pudełko, obraz lepszej jakości niż w przypadku wielu współczesnych hitów, śmieszna cena - boks, mogłoby się wydawać, ma tylko zalety. Ale czy należą do nich same filmy?

Critters

Pierwsze Crittersy, produkcja z 1986 roku, były niskobudżetową odpowiedzią na Gremliny. No, może nie tyle odpowiedzią, co bezczelną próbą wyciągnięcia kasy od ludzi, którym spodobał się motyw żarłocznych zwierzątek. Na szczęście film prezentował na tyle oryginalne podejście do tematu, że spokojnie bronił się w porównaniu ze swoim droższym poprzednikiem. Przede wszystkim dzięki fabule.

wtorek, 18 stycznia 2011
Zabójstwo Stephena Kinga przez niekompetentnego Pawła Korombela

Szok. Niedowierzanie. Trauma. Przeczytałem niedawno "Langoliery" Stephena Kinga, czyli pierwszą powieść ze zbioru "Czwarta po północy". Ta niezła w sumie opowiastka została bestalsko zarżnięta najgorszym tłumaczeniem, z jakim kiedykolwiek miałem do czynienia.

Zacznijmy od samego tytułu "Czwarta po północy". Już on jest przetłumaczony błędnie. Oryginał zwie się "Four past midnight", czyli dosłownie "Cztery po północy" - znaczy się cztery MINUTY po północy, a nie czwarta GODZINA po północy. Do ciężkiej cholery, toż same oryginalne OKŁADKI tej książki wyraźnie podkreślają fakt, że chodzi o minuty.

Czwarta po północy

Jak beznadziejnym trzeba być tłumaczem, żeby zawalić przekład tak prostego tytułu? Przecież Korombel zmienia jednocześnie jego znaczenie - wiecie, północ to godzina duchów, mamy do czynienia z czterema horrorami, te sprawy. No cóż, na pewno nie wróży to dobrze samym opowieściom...

Książkę, niestety, zwróciłem już do biblioteki, więc nie mogę przytaczać cytatów, ale postaram się jak najwierniej przybliżyć wam problemy tłumaczenia Korombela. Po pierwsze - gość nie posiada choćby szczątkowego "wyczucia języka". Płynny styl Stephena Kinga u niego zmienia się w toporne klecenie zdań, a całość przypomina wypracowanie pisane przez gimnazjalistę. Mały problem? Wręcz przeciwnie - King jest gawędziarzem, a czytanie jego powieści w tak fatalnym przekładzie przypomina próbę wysłuchania dowcipu opowiadanego przez Adama Michnika.

Koronnym przykładem braku językowego wyczucia są kwestie jednego z głównych bohaterów - pochodzącego z Brytanii Nicka. W wersji polskiej mówi on niczym Michał Wołodyjowski, czyli sypie "waszmościami" i podobnymi anachronizmami. Dlaczego? Ano dlatego, że to Brytol, a King w oryginale oddał specyfikę ichniego języka, czyli zamiłowanie do zwrotów w rodzaju "mate" czy "bloody hell". Dla obywatela USA są one obce, ale - Korombel niech mi wierzy - Angole w uszach Amerykanów NIE brzmią jak średniowieczny plebs wessany przez wehikuł czasu! Rozumiem chęć oddania językowych różnic, ale niestety - tłumacz jest za cienki w nosie żeby podołać temu zadaniu. A mówiąc dosadniej: facet nie ma (a przynajmniej w trakcie tłumaczenia nie miał) kwalifikacji potrzebnych do przekładania anglojęzycznych powieści!

Nie będę gołosłowny, podam najbardziej wyrazisty przykład. Wiecie, co oznacza wyrażenie "to let sb go" w kontekście zatrudnienia? "Zwolnić kogoś". Proste, nie? A jak przetłumaczył to Paweł Korombel? Otóż w jego powieści (bo na pewno nie była to już książka, którą napisał King) niejaki Craig przewiduje, że w wyniku swoich zaniedbań zostanie przez swoich pracodawców PUSZCZONY. Gdzie puszczony? Na wolność? Na żywioł? W przepaść? Toż to zdanie nie ma żadnego sensu! W trakcie czytania przez chwilę zastanawiałem się, o co gościowi chodzi, po czym dotarło do mnie, że to DOSŁOWNE tłumaczenie. Wówczas zdałem sobie sprawę, że Korombel najwyraźniej NIE ZNA JĘZYKA ANGIELSKIEGO. A przynajmniej nie lepiej niż ja - osoba, która uczyła się go łącznie przez całe cztery lata.

Przykłady absolutnej niekompetencji Pawła Korombela można mnożyć, a nieudolność przekładu sprawia, że powieści nie da się czytać. W takiej formie trudno brać ją serio, nie może też być mowy o płynnym czytaniu, kiedy co chwila mamy do czynienia z takimi zgrzytami. Po przebrnięciu (z trudem) przez "Langoliery" zabrałem się za kolejną część zbioru - "Tajemnicze okno, tajemniczy ogród". Po dotarciu do fragmentu, w którym bohater - pisarz - zapomina "uratować dokument" na komputerze (czyli "forgets to save a file"), odłożyłem książkę i już nigdy do niej nie wróciłem. Paweł Korombel zamordował ją swoją porażającą niekompetencją. Czytałem pierwsze wydanie i nie wiem, czy w kolejnych przekład uległ poprawie, ale jeśli nie - brawo, człowieku, jesteś odpowiedzialny za obrzydzenie Polakom (z czego wielu z nich pewnie nie zdaje sobie sprawy) jednej z ciekawszych pozycji w przepełnionym tandetą gatunku, jakim jest horror. Mam nadzieję, że za tak wykonaną robotę twoi pracodawcy natychmiast cię "puścili".

Michał Puczyński

sobota, 01 stycznia 2011
Nie umiem tańczyć i robić teledysków

Phil Collins - człowiek-legenda. Znany z genialnych występów w Genesis i obciachowych solówek typu Sussudio (które i tak lubię, żeby nie było). "I can't dance" z 1991 należy do najlepszych piosenek, które stworzył (albo pomógł stworzyć), ale teledysk do niego jest jedną z najdziwniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek widziałem.

Dziwactwo: niby ma jakąśtam szczątkową fabułę, jak to większość klipów MTV z początku lat dziewięćdziesiątych, ale nie pokazuje jej w standardowy sposób. Elementy fabularne przeplatane są ujęciami z planu - czyli widzimy np. Phila mijanego przez auto, a chwilę później ekipę filmującą Phila mijanego przez auto. Dlaczego? Czyżby po zakończeniu produkcji okazało się, że nakręcono za mało materiału i trzeba to czymś uzupełnić? Czy może to jakaś znacząca artystyczna decyzja, której nie zrozumiałem? Jeśli znacie odpowiedź - piszcie. Mnie to przerasta.

Problemy A:R

"Alien: Resurrection", czyli "Obcy: Przebudzenie", to czwarty film z wiadomo jakiej serii, traktujący wiadomo o czym. Wyjątkowo nie będę nudził o historii jego powstania - ot, 20th Century Fox chciał wycisnąć więcej kasy z popularnej licencji, kropka. Niestety końcowy produkt nie ustrzegł się poważnych wad, o których chciałbym z wami dzisiaj poważnie porozmawiać.

Ogólnie rzecz biorąc, "Przebudzenie" niespecjalnie spodobało się fanom serii. Dlaczego? No właśnie, rzecz w tym że trudno powiedzieć. Jako główne powody rozczarowania podaje się wymuszoną fabułę, odstępstwa od kanonu serii i parę surrealistycznych scen, takich jak ta:



Czy powyższe wady są poważne? Na pierwszy rzut oka może się tak wydawać, ale diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach.

piątek, 31 grudnia 2010
Rarytas - nigdy niepublikowana scena z "Obcego"

Ostatnio nic nowego nie pojawiło się na blogu - nie martwcie się, to nie kolejny kryzys, to tylko nawał pracy. Wkrótce powinno być lepiej.

Aby Wam to wynagrodzić - prawdziwy rarytas. Nigdy wcześniej niepublikowana scena z kultowego "Obcego" Ridleya Scotta, rzucająca nowe światło na całą opowieść.

Jej alternatywną wersję można znaleźć w wersji reżyserskiej, wydanej w roku 2003. Pokazuje bohaterów zbierających się, by odsłuchać sygnał nadawany przez tajemniczy statek z planety LV-426. Enjoy!

Michał

wtorek, 21 grudnia 2010
Tak jakby EjTV: W hołdzie dla Richarda Stanleya

Wieki temu, nudząc się śmiertelnie, a jednocześnie będąc pod wielkim wrażeniem dwóch filmów Richarda Stanleya - Dust Devil i Hardware - zrobiłem w Paintcie króką pseudo-animację. Przez długi czas leżała bez celu na dysku (a później na Youtube), ale skoro reaktywowałem bloga, to chyba najlepsze dla niej miejsce. A zatem...

W hołdzie dla Richarda Stanleya:

Czerwony zmierzch

Jeśli wam się spodoba, na Youtubie znajdziecie kolejne części.

M

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18