Blog > Komentarze do wpisu
George Lucas, niszczyciel światów

Lubiłem Gwiezdne wojny. Lubiłem, ale przestałem.

Od dłuższego czasu czuję wstręt przed oglądaniem filmów z tej serii. Gwiezdne wojny są głupie, nadęte, drętwe i paskudne.

A przecież kiedyś takie nie były.

Oryginalna trylogia była w swoim czasie znakomita i mogła takową pozostać - nawet pomimo swoich wad. Była to opowieść prosta i emocjonująca, napisana z werwą i pomysłem, pozwalająca wciągnąć się w ten niesamowity świat, a także - co jeszcze lepsze - umożliwiająca wyobrażenie sobie tego, co nie zmieściło się w kadrze.

Starwarsy sprawiały wrażenie filmów wielkich i epickich, ale pokazywały zaskakująco mało; w pierwszym filmie widzieliśmy głównie pustynię i parę szarych korytarzy w statkach czy bazach kosmicznych. Do tego pustka kosmosu i bryła Gwiazdy Śmierci. A jednak czuło się, że poza tymi paroma lokacjami istnieje cały wspaniały świat: żywy, prawdziwy; dziwny, a jednocześnie znajomy. Namacalny i dostojny - ze swoją kulturą, legendami, bagażem historii.

Tego wszystkiego nie zmieniły wersje z podrasowanymi efektami, wrzucające na ekran masę przypadkowego badziewia. Kiedy w 1997 r. pojawiły się pierwsze edycje specjalne, można było uznać je za ciekawostkę - duch filmu przecież nie zginął. Nadal były to te same, doskonale skrojone produkcje przygodowe; fundament całego nowego podgatunku. Trochę brzydsze, ale wciąż akceptowalne.

Prawdziwym problemem stały się epizody I-III, czyli najgorsze sześć godzin w dziejach kinematografii - najgorsze, bo niszczące 25 lat legendy.

Nie, nie chodzi mi o fabułę. Ta jest niespójna, niepotrzebnie skomplikowana i generalnie nieciekawa, ale Lucas ostatecznie musiał doprowadzić intrygę do starego, dobrego statusu quo, czyli sytuacji z początku Nowej nadziei. W rezultacie można po prostu zapomnieć o wszystkim, co wydarzyło się w Mrocznym Ataku Sithów.

Do czego więc piję? Do ogólnej koncepcji wizualnej.

     Przerwa na reklamę: copywriter.

Uniwersum Gwiezdnych wojen poznawaliśmy poprzez obraz. Zawsze bardziej fascynował mnie świat, w którym żyli Luke i Leia, niż same przygody bohaterów. Jeden rzut oka na Tatooine mówił wszystko o kulturze, historii i życiu tego miejsca, a jedno spojrzenie na wystrój imperialnego niszczyciela wystarczało, żeby dowiedzieć się wszystkiego o imperium i zrozumieć, jakie zagrożenie stanowi dla całego przedstawionego świata.

Gwiezdne wojny były wizualnym arcydziełem, komunikującym się z widzem w zrozumiały sposób; budującym iluzję prawdziwego świata ze swoimi osobliwościami i tajemnicami. Gdzieś tam poza Endorem czy Dagobah mogło istnieć wszystko...

Ale nie wyobrażałem sobie, że w tym świecie:

Star Wars

Stylowe

Klimat
może istnieć to:

Eee?
i to (tak, wiem, to z edycji specjalnej):

Yyy?
i to:

Aeyyyy....
i... to coś:

Feee...

O ile fabularnie prequele można zwyczajnie zignorować, bo przecież kończą się tak, jak oryginalna trylogia się zaczyna, to rozbudowa świata jest nieodwracalna. Podczas gdy Luke w zbroi szturmowca przedziera się z Leią przez przytłaczające, zimne wnętrza statku Dartha Vadera, gdzieś tam na uboczu istnieje sobie... to wszystko.

Gwiezdne wojny zostały zamordowane wizualnym bałaganem, niemającym nic wspólnego z nastrojową, surową estetyką oryginalnych filmów. Trylogia - ta jedyna, prawdziwa trylogia Gwiezdnych wojen - kontrastowała dziką, wszechpotężną naturę z bezdusznym, przytłaczającym ogromem bezdusznej technologii. Ten świat chciałem zwiedzać. I mogłem go zwiedzać - w fantastycznych, ociekającym klimatem grach wideo, takich jak Dark Forces, Tie Fighter czy Jedi Outcast.

To jednak jest już niemożliwe. Starwarsy umarły i nie powrócą nawet dzięki J.J. Abramsowi, bo ich siłą był "minimalizm na wielką skalę", czyli totalne przeciwieństwo dzisiejszych blockbusterów. Co pozostało po legendzie? Jeden gigantyczny bałagan; chaotyczny miks kolorów i najdziwniejszych, bezsensownych kształtów. Tak oto Lucas zniszczył całe majestatyczne uniwersum.

Kij mu w dupę.

poniedziałek, 06 maja 2013, eszuran

Polecane wpisy

Komentarze
2013/05/06 21:17:27
Jego było. Miał prawo rozpieprzyć. Latka lecą, nie młodnieje człowiek a zyć z czegoś trzeba. Pluszowe ewoki nie sprzedawały się jak dawniej.
-
2013/05/06 21:26:51
To też ciekawa kwestia: czy "miał prawo rozpieprzyć". Star Warsy trzeba rozpatrywać inaczej niż cokolwiek innego w popkulturze. Ludzie dosłownie żyją tymi filmami. Expanded Universe też żyło własnym rytmem, dopóki w nim nie namieszał i nie popsuł wszystkim zabawy. W tym przypadku dzieło ożyło i wyrwało się z władzy twórcy jak potwór Frankensteina. Czy Frankie miał prawo rozpieprzyć swojego potwora?:)
-
2013/05/07 09:45:45
Ano miał. Miał prawo nawet w VII części uśmiercić Hana Solo w rezultacie fatalnego wzdęcia. Lucas to wszystko wymyślił. Tak jest zawsze z fajnymi opowieściami ze jak zaczyna sie dorysowywać drugi plan to wszystko rozłazi się w szwach. Tolkien o tym wiedział i dlatego "Władca Pierścieni" nie ma sequela ;).
-
2013/05/07 11:17:26
No właśnie Lucas tego wszystkiego nie wymyślił. Za sukces SW nie odpowiada jego fatalny scenariusz do części pierwszej, który musiał zostać poprawiony przez lepszych od niego, tylko rewelacyjna praca speców od konceptów i efektów. Lucas miał naprawdę niewiele wspólnego ze scenariuszem Imperium, czyli najlepszej części, i nie on ten film reżyserował. Jego wkład do Powrotu Jedi to głównie Ewoki. Więc wbrew pozorom SW IV-VI to nie są "filmy autorskie", bo gdyby były, to wyglądałyby... cóż, jak SW I-III, które takowymi filmami są.